Może dlatego, że na początku czwartej klasy (tej maturalnej) przyszła do mnie śmiała myśl, że chciałabym pracować i zarabiać na życie rysowaniem i malowaniem. Nie miałam pojęcia jak, ale wiedziałam, że nie chcę już tego, co było zaplanowane kilka lat wcześniej.
Myśl była tak śmiała i odważna, że postanowiłam wywrócić wszystkie dotychczasowe plany i zdawać na architekturę.
Nie mając pojęcia jak to jest być architektem, wybrałam jeden z trudniejszych i wymagających zawodów, bez świadomości moich umiejętności i ograniczeń. Chciałam uczyć się rysować i malować, a zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć głośno: chcę iść na ASP. Nawet przed samą sobą nie powiedziałam tego na głos. Może dlatego, że kończąc podstawówkę myślałam o pójściu do liceum plastycznego, ale siermiężne czasy nie pomagały, a o artystycznej szkole trzeba było myśleć z dużym wyprzedzeniem. Potrzebny był konkret: liceum, kierunek biol-chem, medycyna, ortodoncja. Absurdalny pomysł, dla osoby, której robi się słabo na widok krwi.
Architektura to konkret, ale prawda była i jest w tym odważnym marzeniu osiemnastolatki. Dlatego nadszedł taki dzień, kiedy uświadomiłam sobie, że już nie chcę pracować w zawodzie, już nie sprawia mi radości ani projektowanie ani kreślenie, moja głowa ma tego dość.
Mam za sobą czas, kiedy nie wiedziałam czym się zajmować, jedyne co wiedziałam, to to, że szukam zajęcia z dala od ludzi, dużej odpowiedzialności i terminów, ponieważ nie nadaję się do tego. Dzięki wsparciu rodziny mogłam pozwolić sobie na poszukiwania, zaczęłam robić kartki okolicznościowe, szyć maskotki, nieśmiało wyciągnęłam ołówki.
W ręce wpadła mi książka Julii Cameron „Droga artysty”. Pierwszy rozdział o artystach cieniach był moim olśnieniem i wiadrem zimnej wody. Polały się łzy. Tak, to o mnie, jestem artystą cieniem, miałam marzenie, którego nie miałam dotąd odwagi zrealizować i robiłam wokół niego wielkie akrobatyczne „fikołki”. Pójście za tym marzeniem sprawiło, że przestałam myśleć o sobie, że jestem nieudacznikiem.
Dziś przy ogromnym wsparciu rodziny nareszcie mogę robić to, co od zawsze było głęboko w sercu. I chociaż nadal jest dużo spraw których nie ogarniam, to mam swój „kawałek” w którym jestem coraz lepsza. Uczę się od specjalistów i nieustannie rozwijam swoje umiejętności, bez dyplomu ASP.
A wszystko wydarzyło się dlatego, że wróciło do mnie marzenie nastolatki a wraz z nim pojawiły się warunki na jego spełnienie. Nazwij to jak chcesz: synchroniczność, wszechświat, opatrzność. Dla mnie jest to Bóg, który krok po koku prowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem. Ja bardzo wierzę w to, że to On daje nam powołanie, wkłada w nasze serca marzenia, których spełnienie nadaje życiu sens. A skoro Bóg wiedział co robi dając mi takie a nie inne umiejętności, idę za tym. Chcę tworzyć, malować, rysować, dzielić się moją wiedzą. Nawet jeżeli może się to wydawać mało praktyczne i mało konkretne zajęcie, jestem częścią Jego planu na ten świat. Spełniam marzenie nastolatki, ponieważ wiem, że bez tego nie da się żyć szczęśliwym życiem, wolnym od zgorzknienia i rozczarowań.
ps. na mojej wsi żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają dziadka Franka,
znany był miedzy innymi z tego, że ładnie malował, nie zliczę ile razy usłyszałam zdanie: „to po dziadku Franku ten talent”
dziadka pamiętam jak przez mgłę, nie zachował się ani jeden jego rysunek ani malunek (podobno ozdabiał ludziom ściany), mam jego cząstkę w sobie, rozwinęłam ją i przekazałam kolejnemu pokoleniu
wzruszam się za każdym razem, kiedy o tym pomyślę