Zaczęło się od szukania motywu na cykl, chciałam, żeby było coś z roślinami.
A był kiedyś taki czas, kiedy zastanawiałam się nad projektowaniem ogrodów, czytałam dużo o roślinach, o projektowaniu i eksperymentowałam u siebie w ogrodzie. Z moją odwagą, pewnością siebie i mocą oczywiście skończyło się na projekcie własnego kawałka przydomowej działki i przedogródka przyjaciółki. Ale… (zawsze jest jakieś jakieś ale) wiedza w głowie została i miłość do roślin również, dodatkowo jeszcze bardziej wkręciłam się w szukanie informacji o ich zdrowotnych właściwościach i testowaniu ich na sobie (bo przecież nie na rodzinie).
Przyznam, że całkiem sporo nazw przyswoiłam sobie w tym czasie, więc szukając klucza do cyklu pomyślałam o sportretowaniu roślin i drzew mających w swej nazwie człon: zwyczajny, lub pospolity. Kiedy zaczęłam szukać, okazało się, że jest ich dużo, a prawie każda z nich to roślina mocarna: pokrzywa, podagrycznik, lilak, podbiał, lebiodka, bazylia, krwawnik, krwawnica, babka, buk, jarząb, kasztanowiec, przylaszczka, bluszcz, naparstnica, nawłoć… wymieniać można naprawdę długo. W sklepach zielarskich są ich całe półki.
I przyszła do mnie refleksja: niby zwyczajne, niby pospolite a mają w sobie moc leczenia, stosowane od wieków pomagały w wielu chorobach. Traktujemy je jak chwasty i walczymy z nimi zamiast zjeść, wypić uleczyć się i wzmocnić.
Teraz na mojej grządce rośnie pokrzywa i przestałam walczyć z podagrycznikiem, w trawniku mam dużo krwawnika, który systematycznie zbieram, więc trawnik zmienia się w łąkę, bo przecież nie wykoszę takiego dobrodziejstwa nim nie zbiorę kwiatów. Zaczęło się robić jakby mniej luksusowo a bardziej dziko, bardziej bliżej natury. Mniej zgodnie z panującymi w sąsiedztwie kanonami ogrodniczymi a bardziej „po mojemu”. W ogrodzie jest życie i żywokost.
Malując pokrzywę, ukochaną królową, czy inne rośliny, na które nikt nie zwraca uwagi, a już na pewno nie po to, żeby przedstawiać je na obrazach, bo przecież nie ma w nich szlachetności róży, czy piwoni (piwowonii) pomyślałam, że przywracam im blask, nadaję szlachetności. Poczułam się jak buntownik przeciwko systemowi i przyjetym zasadom, co malować, co się nie nadaje.
Usłyszałam kiedyś zdanie: malujesz taki prosty temat, na który w życiu bym nie wpadł, że można to malować (chodziło o podbiał, czy starą jabłonkę) a taki piękny obraz powstał.
Zaprzyjaźniając się z tymi roślinami zaczęłam poznawać prawdę dotyczącą nas ludzi. Jakże często myślimy o sobie, że jesteśmy zwyczajni, szarzy i pospolici. Może nawet czujemy się jak te „chwasty”, że przeszkadzamy, że nie pasujemy do kanonów narzucanych przez otoczenie. Zauważyłam, że szukamy niezwykłości i szlachetności a umyka nam piękno, które mamy na wyciągnięcie ręki, szukamy zachwytów w wielkim świecie, nie widząc tego dobra i piękna, które daje nam każdy dzień.
Dlaczego do tytułu wystawy dodałam „zachwycające”?
Śmieszna sprawa, bo miało być inaczej, ale nie byłoby tak cudownie.
Kiedy zbliżał się termin wernisażu, okazało się, że mam niewiele portretów zwyczajnych i pospolitych na tak dużą ścianę wystawową biblioteki i ogarnęła mnie panika. Przeglądając zasoby zauważyłam, że mam dużo innych roślinnych portretów namalowanych wcześniej, które też jeszcze nie były nigdzie pokazywane. Chodziłam z tym faktem do chwili, kiedy w głowie pojawił się idealny tytuł wystawy : „zwyczajne, pospolite i zachwycające”.
Jak bardzo można prawdę o roślinach przenieść na nasze życie. My tak samo zwyczajni i pospolici jesteśmy zachwycający, tylko często o tym zapominamy.
Bardzo lubię czytać Biblię i bardzo lubię Księgę Psalmów jednym z moich ulubionych jest Psalm 139, a w nim werset:„Dziękuję, że stworzyłeś mnie tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła”
Kiedy czuję się wyjątkowo „pospolicie” spędzam chwilę z tym wersetem…
godne podziwu są Twoje dzieła Boże, ja też jestem Twoim dziełem, pomóż mi odnaleźć Twoje światło w sobie